Krzysztof Miller
POLSKA - RPA

Moją pomocą są zdjęcia, które ktoś zobaczy i zaapeluje o pomoc dla umierających ludzi

Fotografia wojenna

Pierwsze zdjęcia wojenne powstały podczas tzw. wojny krymskiej (1853–1856) pomiędzy Rosją a Turcją. Wykonali je na zlecenie rządu brytyjskiego – Carol Szathmari, malarz i litograf, oraz Roger Fenton – adwokat i założyciel Królewskiego Towarzystwa Fotograficznego. Technika, jaką pracowali, nie pozwalała na pokazanie prawdziwego oblicza wojny – statyczne ujęcia przedstawiały aranżowane sceny z udziałem żołnierzy i dostojników, miejsca bitew, magazyny broni. Z 360 fotografii wykonanych przez Fentona do historii przeszło zdjęcie „Shadow of the Valley of Death” pokazujące pole bitwy z niezliczoną ilością kul armatnich.

Z czasem, dzięki rozwojowi techniki, fotoreporterzy zbliżyli się do prawdy o wojnie na odległość ryzyka utraty życia. „Jeśli twoje zdjęcia nie są dostatecznie dobre, oznacza to, że nie byłeś dostatecznie blisko”, głosił Robert Capa, rozsławiony obrazami II wojny światowej. Sam zginął podczas pracy w Wietnamie. Fotoreporterów wojennych nierzadko dotyka kalectwo i choroby psychiczne.

Fotografia kształtuje opinię publiczną, wpływa na to, jak postrzegane są konflikty zbrojne i ich uczestnicy. Etyka zawodowa stawia pytanie, gdzie jest granica, której nie należy przekraczać, jaki jest cel wykonania danego zdjęcia. Według Jamesa Nachtweya, jednego z uznanych współczesnych fotografów wojennych: „Fotografowie pokazują ekstremalne ludzkie doświadczenia, aby uświadomić widzom co się dzieje. Bywa, że narażają własne życie, bo wierzą, że wasza opinia jest ważna. Obrazami odwołują się do tego, co w nas najlepsze: szczodrości, poczucia przyzwoitości, empatii, chęci identyfikacji z innymi, niezgody na akceptowanie zła”.

„Byłem w tak surrealistycznych sytuacjach, że nawet nie przyszło mi do głowy, by komuś pomagać. […] Moją pomocą są zdjęcia, które ktoś zobaczy i zaapeluje o pomoc dla umierających ludzi”.

Fotograf Krzysztof Miller przez dwadzieścia pięć lat dokumentował przemiany, rewolucje, a przede wszystkim wojny przełomu XX i XXI wieku. Okrągły Stół w Polsce. Wydarzenia na Bałkanach. Podróżował i powracał do Afganistanu, Kambodży, RPA, Czeczenii, Rwandy. Kolejne tragedie ustępowały bardziej aktualnym.

„Człowiek na zdjęciu, uwikłany w historię, strzelający, biegnący, przerażony, rozradowany, dla mnie jest najważniejszy” – pisał we wspomnieniach.

Czołgi na ulicach, modlący się na froncie talibowie, głodne dzieci, rozpaczające kobiety. Obrazy, które po latach wróciły do niego w snach.

W Johannesburgu zrobił zdjęcie, którym zdefiniował zawód, zobrazował dystans między fotografem a jego obiektem. „Koledzy – fotoreporterzy wojenni ponoszą konsekwencje swojej pracy. Zdarzają się samobójstwa, tu strasznie mało jest romantyki. […] trudna, żmudna praca, która pozostawia konsekwencje w głowie”. Jednocześnie podkreślał, że świadomie podjął decyzję o byciu fotoreporterem. „Jechałem w zagrożone wojną miejsca i nie mam co płakać czy rozczulać się nad sobą!”.

Johannesburg, 19 kwietnia 1994. Fot. Krzysztof Miller/AGENCJA GAZETA

Współpracujący z nim dziennikarze opowiadali, że wchodził w główny nurt wydarzeń. Leżał na ziemi, dostawał pałą, ale naciskał migawkę. „[…] uważał, że jeśli nie dotknie się czegoś ręką, zdjęcie nie ma sensu. Krzyś nie tylko fotografował, ale przeżywał. Dlatego dopadł go zespół stresu bojowego, choroba żołnierzy portretowana w literaturze i w hollywoodzkich filmach. Tyle że żaden żołnierz – z szacunkiem dla żołnierzy – bez względu na to, czy pochodzi z Ameryki czy z Polski, nie widział nawet połowy tego, co Krzysiek. Po prostu był bohaterem” – napisał we wspomnieniu jego zawodowy partner, reporter Paweł Smoleński.

Kontynuował pracę mimo świadomości, jak niewiele jest w stanie zmienić. „W przypadku wojny, uchodźców, ludzkiej tragedii, moja fotografia nie decydowała o niczym”, mówił podczas jednego z wywiadów. Nie cofał się jednak.

„Uważam, że fotoreporter powinien zrobić każde zdjęcie. Później można się zastanawiać nad jego publikacją. Zdjęcia pierwszych ofiar wojny w Jugosławii, trupów w kostnicy nie zostały wykorzystane do publikacji, ale stały się dokumentem w procesach i pracach naukowych pisanych na ten temat”.

Wierzył, że podstawą zawodu fotoreportera jest neutralność, nie do niego należy rozstrzygać, kto jest sprawiedliwy, po której stronie jest prawda.

Zdarzało mu się jednak odłożyć aparat i pomagać inaczej. Na granicy Kosowa i Czarnogóry, gdzie zbierali się albańscy uchodźcy, którzy starali się przejść góry, wsiadł w samochód, żeby wozić ich na czarnogórską stronę.

Posterunek wojsk rosyjskich, Grozny, Czeczenia, 4 maja 1995. Fot. Krzysztof Miller/AGENCJA GAZETA
Fotografia wojenna

Pierwsze zdjęcia wojenne powstały podczas tzw. wojny krymskiej (1853–1856) pomiędzy Rosją a Turcją. Wykonali je na zlecenie rządu brytyjskiego – Carol Szathmari, malarz i litograf, oraz Roger Fenton – adwokat i założyciel Królewskiego Towarzystwa Fotograficznego. Technika, jaką pracowali, nie pozwalała na pokazanie prawdziwego oblicza wojny – statyczne ujęcia przedstawiały aranżowane sceny z udziałem żołnierzy i dostojników, miejsca bitew, magazyny broni. Z 360 fotografii wykonanych przez Fentona do historii przeszło zdjęcie „Shadow of the Valley of Death” pokazujące pole bitwy z niezliczoną ilością kul armatnich.

Z czasem, dzięki rozwojowi techniki, fotoreporterzy zbliżyli się do prawdy o wojnie na odległość ryzyka utraty życia. „Jeśli twoje zdjęcia nie są dostatecznie dobre, oznacza to, że nie byłeś dostatecznie blisko”, głosił Robert Capa, rozsławiony obrazami II wojny światowej. Sam zginął podczas pracy w Wietnamie. Fotoreporterów wojennych nierzadko dotyka kalectwo i choroby psychiczne.

Fotografia kształtuje opinię publiczną, wpływa na to, jak postrzegane są konflikty zbrojne i ich uczestnicy. Etyka zawodowa stawia pytanie, gdzie jest granica, której nie należy przekraczać, jaki jest cel wykonania danego zdjęcia. Według Jamesa Nachtweya, jednego z uznanych współczesnych fotografów wojennych: „Fotografowie pokazują ekstremalne ludzkie doświadczenia, aby uświadomić widzom co się dzieje. Bywa, że narażają własne życie, bo wierzą, że wasza opinia jest ważna. Obrazami odwołują się do tego, co w nas najlepsze: szczodrości, poczucia przyzwoitości, empatii, chęci identyfikacji z innymi, niezgody na akceptowanie zła”.